Sekretariat Generalny odpowiada za ogólną spójność prac Synodu.

W skład Sekretariatu Generalnego Synodu o Młodzieży Diecezji Warszawsko-Praskiej wchodzą:

  • bp Marek Solarczyk – przewodniczący Rady ds. Duszpasterstwa Młodzieży w KEP
  • ks. Michał Dziedzic – Diecezjalny Duszpasterz Młodzieży
  • ks. Emil Parafiniuk – Dyrektor Krajowego Biura Organizacji ŚDM

Zachęcamy do wysłuchania świadectwa Teresy Zięby z Niedabyla – gospodyni, która w rozmowie z księdzem Rafałem wspomina początki goszczenia naszej pielgrzymki, księdza Józefa Buchajewicza. Bóg zapłać Pani za coroczne poświęcenie się, ciepło i całe serce, które nam Pani daje co roku. Niesiemy Pani intencje do Ukochanej Matki.

  1. 18 08 Świadectwo Joanna Szymanda 8 min Śluby 8:10
  2. 8:13

AUTOBIOGRAFIA
PRYMASA TYSIĄCLECIA KARD. STEFANA WYSZYŃSKIEGO

Część 3. WOJNA

We wrześniu 1939 roku, gdzieś w pobliżu Dęblina, spowiadałem w okopie żołnierza. Podczas gdy ten płakał, mówiąc: “Co z nami zrobili?” w pewnej odległości od nas rolnik siał. Potem, gdy skończyłem swoją powinność kapłańską, podszedłem do niego i pytam: “Panie, samoloty pikują, wszyscy uciekają, a pan sieje?! – Proszę księdza, gdybym zostawił to ziarno w śpichlerzu, spaliłoby się od bomby, a gdy wrzucę je w ziemię, zawsze ktoś będzie jadł z niego chleb”. – To jest obraz i naszej pracy kapłańskiej. I my wsiewamy, nie pytając, kiedy to ziarno wzejdzie, kiedy będzie “plenitudo temporis” dla niejednej duszy, która z tego zasiewu czerpie.

To jest nasze szlachetne zadanie i posłannictwo wymagające wielkiej bezinteresowności, która nie oczekuje owocu dla siebie, tylko dla dobra ludzi, dla chwały Trójcy Świętej. Do nas należy wypełnić powinność Kościoła na dziś i na nieznaną nam przyszłość. Może nikt z nas nie będzie oglądał tego chleba, którego zaczyn dziś przygotowujemy, wkładając go w “ewangeliczne cztery miary mąki”. Do nas należy zachować przedziwny spokój i dojrzałość czekania w wierze, bo “Deus incrementum dat”. A kiedy?… To jego sprawa…[1]

W ciągu pracy mojej w Laskach wśród dziatwy ociemniałej, podtrzymywałem na duchu strwożonych sytuacją przyfrontowego życia, głównie modlitwą do Matki Bożej. Rzecz znamienna – chociaż Zakład przechodził przez bardzo ciężkie chwile obstrzału artyleryjskiego, pacyfikacji Kampinosu itp. nigdy nie byliśmy zmuszeni do odłożenia wieczornego różańca.[2]

W okresie Powstania byłem kapelanem AK i miałem dużo kontaktu z cierpieniem, niedolą i męką ludzką. Pamiętam operację bardzo dzielnego żołnierza, któremu trzeba było odjąć nogę. Powiedział, że zgodzi się na operację pod tym warunkiem, że przez cały czas będę przy nim stał. Złapał mnie za rękę i trzymał ją, dopóki nie zaczął działać środek usypiający. Byłem wtedy strasznie nieuczciwy, bo gry poczułem, że jego ręka opadła, pobiegłem do innych, których trzeba było spowiadać lub przygotowywać do następnych operacji. Aby zdążyć na czas, umówiłem się tylko z lekarzem, że mnie natychmiast wezwie, gdy mój żołnierz zacznie się budzić. W tym wypadku nie było innego wyjścia. Przyszedłem w porę, gdy on budził się już po operacji. Było to dla niego wielką pociechą, podtrzymaniem i otuchą. Wystarczyła sama życzliwa, współczująca obecność, jakieś dobre słowo, trzymanie za rękę.

Lata pracy wśród ociemniałych, a zwłaszcza długie miesiące pracy w szpitalu powstańczym, bardzo wiele nauczyły mnie. To więcej niż uniwersytet, bo to głębokie zrozumienie bliźniego, czego się człowiek na ogół z książek nie nauczy. Szacunku dla człowieka nabywa się nie wtedy, gdy widzi się go w pozycji bohaterskiej, ale wtedy, gdy widzi się człowieka w udręce. [3]

W okresie walk powstańczych na pobrzeżu Kampinosu zetknąłem się z zespołem dziewcząt, które pełniły służbę łączniczą. Spowiadałem je, służyłem, niekiedy ostrzegałem, radziłem… Jedno wiedziałem: zdolne są do każdej ofiary, przekonane, że pełnią świętą powinność. Od tych dziewcząt można się było wiele nauczyć. One nie tylko walczyły, one swoją postawą uczyły. Padały, niewątpliwie. Grzebaliśmy je w polską ziemię. Też prawda, ale były jak ziarno pszeniczne, które pada w ziemię, aby obumarłszy sobie, przynieść owoc stokrotny.

Takim ludziom jak one, potrzeba wielkich ideałów i wzorów. Gdy szły na ryzykowne zadanie, prosiły o jedno: o medaliczek Matki Bożej. Uważały, że to jest ich największa siła.[4]

Miałem pewną przygodę w okresie frontowych przemarszów wojsk, w roku 1945. Zetknąłem się z żołnierzem sowieckim. Pytał mnie, kto to jest Jezus Chrystus? Nie wiedział. Chciałem mu wytłumaczyć, z trudem pojmował. Z kolei ja go zapytałem: “A czy wiesz, kto to jest Matka Boża?” – “To wiem, oczywiście” – odpowiedział. – “To widzisz, Jezus Chrystus jest Jej Synem”. Teraz rozumiał. To mu wystarczyło. Pozostała mu resztka wiary i czci dla Świętej Ikony. Ona go sprowadziła do Syna, przez nią zrozumiał Chrystusa.[5]

Gdy przyszedłem tutaj na ulicę Miodową w roku 1949, w tym miejscu było wielkie gruzowisko. I nie tylko tu. Przez Miodową nie można było przejść, wszędzie były góry gruzu. Sąsiedni pałac Paca już odbudowano. Przyłożyliśmy rękę do pługa, aby wśród gruzów wznosiło się nowe “Miasto Nieustraszone”. – Pamiętam, gdy w 1948 roku przeprowadzaliśmy na miejsce wiecznego spoczynku mojego poprzednika, kardynała Prymasa Augusta Hlonda, w Katedrze stały rusztowania i nie było jeszcze sklepień. Kazał się pochować właśnie tam, w odradzających się murach Katedry, która spłynęła krwią warszawskiej młodzieży. Młodzież ta walczyła o wolność Stolicy, aby dać świadectwo światu, że Warszawa chce żyć, że pomimo wszystko chce żyć. Chce żyć swoim własnym, polskim, katolickim życiem. Chodząc dziś po ulicach Stolicy pamiętajmy, że jest to miasto, w którym zginęło 300 tysięcy Warszawian. Najlepsza młodzież obmyła krwią swoje bruki tego miasta. Tak się miłuje. Nie ma miłości bez ofiary. Przez taką miłość zyskuje się prawo do Ojczyzny.

[1]Warszawa, 24 XII 1980

[2]Rywałd, 11 X 1953

[3]Warszawa, marzec 1968.

[4]Warszawa, 8 IX 1969

[5]Warszawa, 11 XI 1957