W skład zespołu rejonowego wchodzą:

  • Sekretarz Rejonu (ustanowiony dekretem Biskupa Diecezjalnego)
  • sekretarze/relatorzy parafialni
  • inne osoby, z głosem doradczym, powołane przez Sekretarza Rejonu
  1. Sekretarz Rejonu jest odpowiedzialny za stworzenie zespołu, który pomoże w redagowaniu odpowiedzi na zadane do opracowania fragmenty Instrumentum laboris.
  2. Pracę sekretarzy rejonów koordynuje Dyrektor Wydziału Duszpasterstwa Młodzieży.
  3. Sekretarz Rejonu powołuje asystenta, spośród młodzieży, który na bieżąco kontaktuje się z Sekretariatem Generalnym.
  4. Lista członków Zespołu musi być przesłana do Sekretariatu Generalnego na adres mailowy synod@florianska3.pl najpóźniej do 10 września 2019 r.
  5. Sekretarz Rejonu odpowiada za terminowe nadsyłanie wymaganych
    dokumentów i opracowań z parafii.
  6. Sekretarz Rejonu odpowiada także za rozprowadzenie dokumentów źródłowych
    dla Zespołów Parafialnych.
  7. Zespoły rejonowe spotykają się według harmonogramu ustalonego przez siebie.
  8. O dacie swoich spotkań informują Sekretariat Generalny na tydzień przed spotkaniem. W czasie obrad podsumowują dane zebrane z rejonu i opracowują tekst do przesłania do Sekretariatu Generalnego. Jako załącznik muszą być przesłane odpowiedzi z parafii.
  9. Przebieg spotkania – według instrukcji przesyłanej wraz z materiałami.

Zachęcamy do wysłuchania drugiego świadectwa Elżbiety

  1. 19:01

AUTOBIOGRAFIA
PRYMASA TYSIĄCLECIA KARD. STEFANA WYSZYŃSKIEGO

Część 5. UWIĘZIENIE

O, wielka jest Polska swoją jednością! O, wielka jest swoją wiernością! O, wielka jest swoją niezliczoną młodzieżą, swoim zapałem, swoim zaufaniem, swą najlepszą nadzieją!

Polska jest zespalana nie jednym węzłem, nie parcianym powrozem, Polska jest zespolona sercem wiary. Jej siłą jest wiara Chrystusowa! Jej jednością jest moc nadprzyrodzonej łaski Bożej! Jej nadzieją niezłomną jest pragnienie katolickiej Polski, Chrystusowej Polski! (…)

Po Warszawie, omytej krwią najlepszych dzieci waszych, po Warszawie, na mękę której patrzyłem, po tej Warszawie, po której biegałem jako uczeń i jako kapłan w czasie okupacji, po tej Warszawie trzeba chodzić z wielką czcią, z sercem czystym i wiernym aż do śmierci bogu i katolickiej Polsce.

Niech będzie błogosławiony każdy kamień tej stolicy, każdy wysiłek tej diecezji! Niech będzie błogosławiona każda kołyska, w której rośnie młode życie, każda chata, w której miłość kwitnie i rozdzielane są najcenniejsze dary, niezbędne dla miłości społeczne.

Przyszedłem do Was w imię Matki Bożej, Królowej Polski. Sakrę biskupią otrzymałem u stóp Pani Jasnogórskiej i w Jej imię pragnę być Wam pasterzem, bowiem Jej zaufałem. Szła ze mną dotąd przez ziemię lubelską. Niech więc pozostanie na tarczy Prymasa Polski i niech króluje narodowi. A mnie pozwólcie, Dzieci, być Jej pokornym sługą.

Ufam, że ta pierwsza służebnica Pańska pozwoli mi, abym przy waszej współpracy, wierze i miłości, modlitwami waszymi wspierany, mógł służyć całym sercem, wolą, ciałem i duszą  s o l i  D e o. Amen.[1]

Gdy będę w więzieniu, a powiedzą wam, że Prymas zdradzał sprawy Boże – nie wierzcie. Gdyby mówili, że Prymas ma nieczyste ręce – nie wierzcie. Gdyby mówili, że Prymas stchórzył – nie wierzcie. Gdy będą mówili, że Prymas działa przeciwko Kościołowi i własnej Ojczyźnie – nie wierzcie. Kocham Ojczyznę więcej niż własne serce i wszystko, co czynię dla Kościoła, czynię dla niej.[2]

W gronie Episkopatu też utrzymywała się opinia, że skończę w więzieniu. Jeden z księży biskupów podarował mi dzieło księdza Klimkiewicza o kardynale Ledóchowskim, mówiąc: “Warto tę książkę przeczytać, bo może się przydać”. Niektórzy księża biskupi oczekiwali “katastrofy” w każdej chwili.

Stolica święta też liczyła się poważnie z tą ewentualnością, i to raczej prędzej niż później. Mogłem to wyczytać w każdym dokumencie, określającym moje uprawnienia specjalne.

Wielu księży było tak bardzo przekonanych o nieodzowności takiego końca, że domagali się szybkiego załatwienia swoich spraw albo potwierdzenia na piśmie decyzji ustnych, motywując prośbę wyraźnie tym, że może mnie wkrótce zabraknąć. Z taką postawą spotykałem się bardzo często na wszystkich szczeblach hierarchii kościelnej.

Społeczeństwo niemal “oczekiwało” tego momentu. Niektórzy byli wyraźnie zawiedzeni, że “jeszcze nie”. Ileż pogłosek na ten temat powtarzano niemal z dokładnością periodyczną. Kto je puszczał i w jakim celu, nie wiem. Nieraz wchodząc do któregoś z kościołów spotykałem się z gromadą płaczących ludzi.

W takiej atmosferze predestynacji powszechnej na więzienie – miałem pracować. Czy poddałem się jej? Subiektywnie byłem gotów na wszystko. Obiektywnie jednak postanowiłem pracować, tak by ta ostateczność, jeśli ma przyjść, przyszła jak najpóźniej.

Rozpoczynam więc życie więźnia. Słowa tego używać nie można, gdyż otoczenie moje prostuje: to nie jest więzienie. Pomimo to czuwa nade mną blisko 20 ludzi “w cywilu”. Nie opuszczają korytarza i w dzień, i w nocy; skrzypiące kroki słyszę cały dzień. Brak nam światła. Jeden z młodych ludzi usadza się na noc na koślawym krzesełku pod drzwiami i tu, przy kopcącej lampce albo przy świecach ołtarzowych, czyta książki. Na podwórzu gospodarczym stale przebywa kilku młodych ludzi, którzy nie spuszczają oczu z moich okien. Zresztą, są grzeczni i trzymają się na odległość.

Upominam się o możliwość odprawiania Mszy świętej. Dowiaduję się, że do kościoła nie będę mógł chodzić. Wobec tego proszę o przybory do Mszy świętej, którą chcę odprawiać w celi.[3]Dziś już mam pełne dłonie, na których ofiaruję Ojcu Niebieskiemu Jego Kapłańskiego Syna. Jednak kapłan musi mieć Boga w dłoniach, by miał z czym stanąć przed Ojcem Niebieskim. Ale musi też mieć i lud przy sobie. Tę samotność przy składaniu świętej Ofiary odczuwa się tak bardzo, jak brak dłoni. Wszak kapłan pro hominibus  ustanowiony. Toteż na swoją samotną Mszę świętą zwołuję wszystkich, których mi pamięć przywodzi, a zwłaszcza tych, których tak często – przy lada sposobności – zachęcałem do odmawiania różańca świętego, do czci Matki Bożej Jasnogórskiej. Wiem, że dla nich jestem dziś największą próbą. Muszę ich wspierać, by nie zwątpili. Rzecz szczególna, jak blisko “niezachwianej wiary” krąży lęk. Człowiek, który mocno wierzy, tak bardzo wszystkiego spodziewa się rychło od Boga, że każda zwłoka wywołuje niepokój. Nie jest to niewiara, ale “zaskoczenie” na punkcie konfliktu: “potęga – dobroć boga”. Lękam się o ludzi, którzy bardzo wierzą w skuteczność modlitwy, by nie chcieli zbyt szybkich rezultatów swej modlitwy, by w razie zwłoki z odpowiedzią Bożą, nie ustali. Wiem od początku, że “moja sprawa” wymaga czasu i cierpliwości, że będzie trwała długo. Jest Bogu potrzebna: jest nie tyle sprawą “moją”, ile sprawą Kościoła. A takie sprawy trwają długo.[4]

[1]Por. P.Raina, [s.310. 318-321,323)

[2]1953

[3]“Zapiski więzienne”, s. 26

[4]“Zapiski więzienne”, s. 28